Życiorys

Dzieciństwo

Urodziłem się 1 marca 1984 roku o godzinie 18.15 w łaskim szpitalu. Porodu niestety nie pamiętam, ale to chyba nie mogło być miłe i bezbolesne dla mojej mamusi ze względu na moją wielkość. :-) Zapewne zaraz po moim porodzie rodzice zabrali mnie, malutkiego i bezbronnego (a tak naprawdę byłem podobno umierający, bo wydalałem z siebie więcej niż wchłaniałem...) do Łodzi. To z tego miasta pochodzi najwięcej moich dziecinnych wspomnień. Do naszego dużego mieszkania, w starej kamienicy na Wólczańskiej 222 przychodziły wszystkie ciotki i już wtedy biły się miedzy sobą, która ma mi zmienić pieluchę; a to jak już wiecie trzeba było robić dość często... :-)

Rocznik bobasków 1984 był wyjątkowy chociażby dlatego, że dawali nam płyn Lugola zamiast Coca-coli... Jak dziś pamiętam zakupy w Cantralu na łódzkim placu Niepodległości albo pełne emocji i marzeń wizyty w Pewexie... Pamiętam te świecące się klocki Lego, które mieli tylko ci, których tatusiowie byli prominentnym działaczami KC PZPR. :-) Pamiętam też wizytę Papieża - Jana Pawła II w Łodzi. Niestety nie było mi dane go zobaczyć, ale ten dzień jest w mojej głowie. Babcia Helena [zm. 2003] zawsze opowiadała mi, że wtedy wyglądaliśmy przez okno, a ja malutki pokazywałem na milicjantów malutkim paluszkiem i wołałem: pany, pany, babcia tam są pany... Ponoć podszedłem kiedyś z babcią do takiego pana; jak wysunął do mnie rękę na powitanie to się z lekka przestraszyłem...

Po liku latach spędzonych w Łodzi, ktoś tam, już nie pamiętam, kto (pewnie jakaś grupa trzymająca władzę), postanowił, że przeniesiemy się do miasteczka, w którym się urodziłem. Ponieważ moje blokowisko przy lesie [dosłownie i w przenośni] budowało się, jak to w Polsce, powoli, przystankiem w przprowadzce była miejscowość mojego dziadka i babci - Kolumna. Mieszkaliśmy tam rok. Właściwie to 365 dni wydało mi się bardzo krótkie. Najważniejszym wydarzeniem było złamanie lewej ręki, moje kości nie okazały się niestety żelazne. Ból przy złamaniu straszny, właściwie nie wiem czy był to tylko ból, może więcej w tym było strachu... W każdym bądź razie nikomu tego nie życzę.

No wreszcie! Wprowadziliśmy się do nowego mieszkania w nowym blokowisku, domy z płyt usytuowane na szczęcie były blisko lasu. Kiedy miałem dość sardynkowania w azbeście wychodziłem na spacer, pooddychać z drzewami.

Od września 1990 roku zacząłem chodzić do szkoły podstawowej. "Chodzić" jest bardzo dobrym słowem, bo ja tam tylko chodziłem, na pewno się nie uczyłem. Do 6 klasy szkoły podstawowej moja średnia ze wszystkich ocen nie chciała przekroczyć 2,5, modliłem się o promocję do następnej klasy, a pani dyrektor snuła jak tu Nowickiego wydalić ze szkoły... Oczywiście żartuje! Jednak prawda jest taka, że byłem bliski, naprawdę bliski przeniesienia do innej szkoły. Po 6 klasie zacząłem rozumieć, że uczyć się trzeba. Pokazałem wszystkim "pedagogom”, co umiem i na świadectwie ukończenia szkoły podstawowej błyszczała średnia 4,54! Fakt jest faktem, że te osiem lat były jak na razie najgorsze w moim życiu, marny jest los dziecka, które trafia w swoim rozwoju na los pseudo-pedagogów. Na pewno okres ten nie będzie mi się dobrze kojarzyć również ze względu na rozwód moich rodziców (1993r.).

Młodość

1 września 1999 roku... z dumą, że jestem licealistą, przekroczyłem progi mojej nowej szkoły... Oczywiście na początku byłem bardzo szczęśliwy, że mogę się uczyć w najlepszej szkole ;-) a całym Łasku. Szybko dobiłem się ogromem wiedzy (jak mi się wtedy wydawało), jaka trzeba pożreć w szkole średniej i się wkopałem... jak się wkopałem to wykopać się nie mogłem. I tak nie mogłem np. zrozumieć istoty obliczania wartości bezwzględnej z matematyki, prostego zadania z kinetyki... Pod koniec pierwszego semestru pani wychowawczyni wysłał mi do domu zawiadomienie, że Grzegorz Filip jest zagrożony oceną niedostateczną z matematyki. Pierwsza klasa liceum była na pewno najlepsza pod względem zawierania przyjaźni i imprez (niezapomniane ognisko 6 czerwca 2000 roku). Pierwsze ognisko klasowe skończyło się niezbyt przyjemnie dla mojej mamy; otóż wypiłem kilka piw za dużo i nie potrzebnie w ogóle wróciłem do domu... możecie się domyślać, co się działo!

Na początku drugiej klasy liceum ogólnokształcącego zadecydowałem o moim przyszłym kształceniu w profilu biologiczno-chemicznym. Jednocześnie moim najważniejszym celem stały się studia na wydziale lekarskim. Co wpłynęło na moją decyzję? Na pewno nie zmusili mnie rodzice.:-) Mama nigdy nie ukrywała, że chciałaby, żebym poszedł w ślady dziadka. Od dłuższego czasu byłem też zainteresowany naukami medycznymi, biologią i chemią. Oczywiście trochę przesadzam, ale bliżej mi chyba było do biologii niż do języka polskiego. W lipcu 2000 roku zachorował dziadek Saturnin. Podobno (podobno, bo w polskiej służbie zdrowia nigdy nic nie wiadomo) dostał wylewu, leżał 2 miesiące na oddziale, którego sam kiedyś był szefem. Patrzyłem, jak szewc bez butów chodzi... Śmierć mojego dziadka bardzo przeżyłem, po pierwsze ze względu na bliskość naszych kontaktów, a po drugie to była pierwsza śmierć mojego życia.

Druga klasa liceum przyniosła również wiele nowych znajomości. Nauka zaczęła wreszcie skutkować, co można było zauważyć na świadectwie.

W trzeciej klasie liceum miałem pierwszy raz w życiu świadectwo z czerwonym paskiem.... tym razem na papierze :-) To na początku wydawało mi się tak niemożliwe teraz jest dla mnie pikusiem. Życie zmiennym jest. ;-)

W listopadzie 2001 roku zacząłem przygotowywać się do egzaminów na wydział lekarski, stwierdziłem, że moich braków nie da się nadrobić w rok, nie wiem czy miałem rację, ale w każdym bądź razie dobrze na tym wyszedłem, żeby nie powiedzieć wyszłem. Co raz bardziej denerwowały mnie lekcje, które niepotrzebne były mi do egzaminów, a coraz bardziej lubiłem chemię i fizykę.

Klasa maturalna minęła, z resztą jak całe liceum, jak błyskawica.

Na studniówce byłem z jedną z moich wierniejszych koleżanek (co prawda ostatnio nazwała mnie debilem i wysłał brzydkiego sms`a, ale wybaczam Ci Asiu, w końcu błądzić jest rzeczą ludzką!) i bawiłem się świetnie; duża w tym zasługa etanolu. Niesamowite było to, jak bardzo nauczyciele i uczniowie mogą się na takich imprezach poznać z zupełnie innej strony i razem świetnie się bawić. Więcej takich imprez!

100 dni do matury, nie muszę chyba mówić, co wtedy robiłem i jak to szybko zleciało, bo zacząłbym się powtarzać...

Matura! Niby po czterech latach nauki to bułka z masłem, ale zawsze się tam w główce ma świadomość, że to trzeba zdać, żeby iść dalej...

Dzięki Temu na górze zdałem i to całkiem dobrze. Najbardziej, jak zawsze bałem się polskiego; podczas egzaminu oralnego z tego przedmiotu powiedziałem m.in., że są trzy osoby boskie: Bóg Ojciec, Matka Boża!!! i Duch Święty... no cóż zawsze byłem pro-kobiecy.. :-)))

Pomaturalny czerwiec spędziłem w Warszawie strajk się jak najwięcej nauczyć na kursie przygotowawczym do egzaminów na UM.

Egzamin. Po 4 godzinach zaznaczania krateczek, które miały mi dać przepustkę do drugiego świata wyszedłem niemalże z płaczem, a dzień po wyjąłem biologię Villego i zacząłem wkuwać do następnych egzaminów...

7 lipca 2003 (najszczęśliwszy dzień mojego życia!!!) okazało się jednak, że Villego nie potrzebnie wyjmowałem... DOSTAŁEM SIĘ!!! Dopłynąłem do celu! Warto było się troszeczkę pomęczyć, uwierzcie, warto!

23.09.2003

Studia

Nastał dzień wyników egzaminów wstępnych. to była sobota. Wstałem, starałem się zjeść śniadanie. Wyszedłem na przystanek PKS chyba pół godziny wcześniej, ukryłem się gdzieś za murkiem, usiadłem na jakimś piachu i sobie zapaliłem. Momentami wszystko było mi obojętne. Dojechaliśmy z moją przyjaciółką - Benio. Przed magiczną bramą rektoratu czekaliśmy w niepewności chyba dwie godziny czasami powątpiewając czy w ogóle dzisiaj nam cokolwiek powiedzą. Było dużo ludzi, rodziców, takich jak my. Wreszcie, wrota ruszyły. Tłok większy niż przy wejściu na koncert gwiazdy. Podszedłem do gabloty z wynikami, szukam, szukam, szukam, nie mogę znaleźć, aż wreszcie No.. Now... Nowicki!!!! I w krzyk przerywany łkaniem. Ludzie komentowali: „zdał czy ni zdał?”. Chciałem przeżywać ta chwilę. Taki już ze mnie ekstrawertyk. Poszedłem gdzieś za budynek, żeby zadzwonić do mamy. Ledwo, trzęsącymi rękoma wykręciłem numer do domu. „Chyba się dostałem, ale nie wierzę...” Krzyk matki, a później płacz. Później jeszcze kilka razy chodziłem pod tablice, żeby upewniać się, że to właśnie ja się dostałem. Benio. Nie mogłem jej znaleźć w tłumie, ale wreszcie... dostała się. Płakaliśmy oboje. Jedyna co nie pozwalało nam cieszyć się do końca to myślą, że nie wszyscy nasi znajomi się dostali.

Wakacje, wiedziałem, że będą to zapewne najdłuższe wakacje mojego życia. I chyba miałem rację. Calutkie trzy miesiące bezczynności.   

Pierwsze zajęcia. Pierwsze plotki o fajnych, neutralnych i niebezpiecznych asystentach z anatomii prawidłowej. Ja chciałem tylko kobietę, jakoś tak zawsze wolę, bo wydają mi się bezpieczniejsze. Ufff, była kobieta. I zaczęło się. Wykłady, ćwiczenia, wykłady, ćwiczenia, ćwiczenia, nauka, ćwiczenia, sen. Na początku myślałem naiwnie, że będzie jak w liceum, że nie trzeba będzie czytać tego co jest drobnym druczkiem. A się zawiodłem. W końcu mamy być lekarzami po tych studiach i umieć trzeba wszystko;-) Przynajmniej takie są założenia profesorów. Do pewnego czasu upierałem się twardo przy swojej teorii, że szczęścia nie trzeba mieć, wystarczy umieć. Niestety, żebym mógł powiedzieć, że wszystko umiem... Nie było chyba jeszcze takiego momentu na tych studiach. Zatem szczęście było przynajmniej mnie potrzebne. Niestety nie zawsze umiałem wystarczająco dużo i z pewnością zbyt dużego szczęścia też nie miałem. Zatem długo męczyłem się, żeby zakończyć pierwszy rok wydziału lekarskiego. Kiedy zdałem anatomię, aż głupio mi było wstając rano nie zaglądać do Adasia Bochenka. Oczywiście były też imprezy, zauroczenia i oduroczenia, piękna choć czasem trudna wolność, która wiele potrafi nauczyć.

Drugi rok okazał się dużo bardziej frywolny. Człowiek nauczył się już wiele na swoich i czyichś błędach studiowania. Przede wszystkim nie przejmowałem się tak bardzo. Teraz najbardziej przeraża mnie to jak szybko minął ten rok. Staram się robić prawie wszystko, żeby czas zatrzymać jednak jest to bezcelowe, przerażające...

25.07.2005

Czas na trzecim i czwartym roku leciał jeszcze szybciej i staram się z tym już tylko pogodzić, a żyć tak, żeby jak najwięcej tworzyć. Postanowiłem też sobie, że będę szukał zainteresowań poza uczelnio. Udało się. Na początku trzeciego roku trafiłem przypadkiem, nieprzypadkiem do Hospicjum, gdzie będę już niedługo półtora roku i gdzie jest mi bardzo dobrze. Poznałem wielu nowych przyjaciół i spełniam się w pracy, która jest pomocą dzieciom chorym. To zdecydowanie była jedna z najlepszych decyzji jeśli chodzi o wypełnienie czasu poza zajęciami na uczelni.

01.01.2007

cdn.

Strona główna
O mnie:
Dziennik, CV, Życiorys, Artykuły, Wywiad, Rodzina, Pamiętnik, Drzeworytnia, Fundacja, Skomentuj!, Komentarze, Archiwum komentarzy, International.
Galeria: Zdjęcia, Video, Moja muzyka (IE).
Internet: informacje na temat Otwartego Katalogu, Wikiprojekty, Moje Linki, ODP Profile, Wikipedia Profile, eBankowość.